6 grudnia 2017

"Dziecko Rosemary" Ira Levin


Korzystając z deszczowej pogody na wakacjach przystąpiłem do lektury powieści, która od dawna z jednej strony kusiła, z drugiej odpychała. Nie wiedzieć czemu, mój umysł przyczepił książce Iry Levina łatkę tekstu przereklamowanego. Czytając pochlebne opinie o Dziecku Rosemary postrzegałem je w kategoriach pochwał wymuszonych sławą ekranizacji Romana Polańskiego i urzekającą muzyką Krzysztofa Komedy. Na szczęście świnoujska aura nie zawiodła, a ja się myliłem.

***

Dziecko Rosemary, powieść którą przez wiele lat ignorowałem okazała się tekstem zadziwiająco wciągającym i pouczającym. Ira Levin, choć wykorzystał chwytliwe w świecie grozy zagadnienie dziecka szatana przedstawił je w sposób ciekawie nowatorski i odważny. Rezygnując z opisu walki nieugiętych i bogobojnych księży-egzorcystów ze sługami diabelskiego pomiotu, nadał sztampowemu motywowi literackiej świeżości. W książce nie spotkamy również reprezentantów kościoła sprytnie odczytujących złowróżbne znaki na niebie i ziemi. Zamiast tego Ira Levin postanowił skoncentrować uwagę na przeżyciach wewnętrznych matki domniemanego szatana, jak i jej samodzielnych próbach zrozumienia nadciągającego zagrożenia.

Bramford

Rosemary Woodhouse to postać wielowymiarowa. Pod płaszczem bohaterki przepełnionej dziewczęcymi marzeniami o rodzinnym gniazdku w nowojorskim Bramfordzie, bohaterki naiwnej i całkowicie uzależnionej od czarującego małżonka, kryje się kobieta o nad wyraz silnej osobowości. Prawdziwe oblicze protagonistki Levina poznajemy stopniowo, równolegle do postępów w śledztwie, które Rosemary prowadzi wobec rodziny Castevetów. Ostateczna jej metamorfoza następuje jednak później, w momencie odkrycia przez nią diabolicznych zwyczajów praktykowanych przez ekscentrycznych sąsiadów. Rosemary Woodhouse porzuca wówczas rolę łatwowiernej pani domu i podejmuje walkę w obronie zarówno nienarodzonego dziecka, jak i własnego, racjonalnego obrazu świata.

Choć wspomniane dochodzenie stanowi jeden z ważniejszych wątków historii, nie należy postrzegać Dziecka Rosemary w kategoriach powieści detektywistycznej. Ira Levin ewidentnie czerpał z literackiej spuścizny przywołanego gatunku, lecz jego powieści daleko do historii mistrza Poego. Oczywiście, postać detektywa-amatora, zawężony krąg podejrzanych czy zapoczątkowanie tragicznych wydarzeń okrutną zbrodnią – gwałtem na ciele Rosemary Woodhouse[1] – odpowiadają elementarnym cechom powieści detektywistycznej. W moim odczuciu jednak przytoczone elementy jak i samo śledztwo głównej bohaterki, pomimo iż bardzo ważne dla właściwej fabuły, są jedynie tłem dla zobrazowania czytelnikowi problemu o wiele ważniejszego. Mianowicie, smutnej prawdy o słabości jednostki w konfrontacji z siłami wymykającymi się racjonalnemu pojmowaniu i strachu człowieka przed nieznanym.

***

Czytając Dziecko Rosemary nieustannie towarzyszyło mi przekonanie o nadciągającej, nieuchronnej katastrofie, która wywróci znany nam świat do góry nogami. Trudno określić, czy wpływ na moje nerwy miała niepokojąca kołysanka Krzysztofa Komedy i hipnotyzujący głos Mii Farrow, czy też może świadomość -  w końcu każdy z nas wie, kim jest tytułowe dziecko – nadchodzącego Roku Pierwszego[2]. Faktem pozostaje natomiast, że połączenie tych czynników stworzyło niesamowicie odpowiednie warunki do lektury powieści Iry Levina.


„Pod pokładem była ogromna sala balowa, w której po jednej stronie gwałtownym ogniem płonął kościół, a po drugiej stronie stał czarnobrody mężczyzna i patrzył na Rosemary. Na środku pokoju stało łóżko. Podeszła do niego i położyła się, i nagle otoczyli ją nadzy mężczyźni i kobiety, dziesięć lub dwanaście osób, a pośród nich Guy. Byli starzy, kobiety groteskowe, o obwisłych piersiach. Minnie i jej przyjaciółka Laura-Louise także tam były, i Roman w czarnej mitrze i czarnej jedwabnej szacie. Cienką czarną laseczką rysował jakieś znaki na jej ciele, zanurzając koniec laseczki w naczyniu wypełnionym czerwoną cieczą, które trzymał opalony mężczyzna z siwymi włosami. Koniec laseczki, łaskocząc Rosemary, przesuwał się tam i z powrotem po jej brzuchu, docierając do wewnętrznej strony ud. Nadzy ludzie śpiewali – bezbarwne głosy, z obcym akcentem wypowiadane słowa; akompaniował im flet lub klarnet”[3].

Pozwoliłem sobie na powyższą dygresję jak i przydługi cytat – jeden z najbardziej sugestywnych opisów satanistycznego obrzędu o jakim miałem okazję czytać – ponieważ to właśnie wewnętrzne zmagania głównej bohaterki z samą sobą oraz towarzyszące tym bitwom przerażenie, należałoby uznać za przewodni wątek powieści. Rosemary Woodhouse poznajemy w chwili, gdy wydawałoby się że nic nie jest w stanie zburzyć jej idealnego świata. Jednakże, wraz z rozwojem fabuły obserwujemy, jak bajkowa rzeczywistość postaci ulega rozpadowi. Prowadzone przez Rosemary śledztwo, jak również odsłanianie prawdziwych intencji najbliższych jej osób mają bardzo destrukcyjny wpływ na psychikę bohaterki. Dostrzegamy, jak spokojne dotąd jej myśli zaczynają krążyć wokół tematów trudnych i bardzo nieprzyjemnych. Rosemary miota się wewnętrznie nie mogąc poradzić sobie ze stale narastającymi problemami. Wyczerpana fizycznie, odurzona licznymi kłamstwami, nie umiejąc odróżnić prawdy od szalonych teorii własnego umysłu zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością.

Ira Levin chcąc pokazać granicę ludzkiej wytrzymałości, słabość człowieka w starciu z nieznanym doprowadza tytułową postać niemalże do załamania nerwowego. Aczkolwiek, w którym konkretnym momencie protagonistka powieści rezygnuje całkowicie i aprobuje narzuconą jej rolę matki szatana? Choć Rosemary Woodhouse rzuca wyzwanie losowi a w zachowaniu przez długi czas przejawia zaciętą determinację to jednak jej wola walki słabnie wraz z pojawianiem się kolejnych przeszkód. Ostatecznie iluzja bezpiecznego, znanego świata pęka wraz z akceptacją przez bohaterkę faktu, iż wszystko co starała się brać za ponury wytwór swojego umysłu odpowiada okrutnej rzeczywistości. W obliczu tej strasznej prawdy Rosemary zaczyna rozumieć swoją bezradność i kruchość jako nic nie znaczącej jednostki, a ogarniające ją szaleństwo do złudzenia przypomina zgrozę towarzyszącą postaciom lovecraftowskim. W scenie finałowej widzimy nawet jak niewiele brakowało, aby na wzór bohatera opowiadania Dagon, zrozpaczona matka „nie mogąc znieść dłużej dręczącej ją katuszy, otworzyła okno i rzuciła się na plugawy uliczny bruk”[4].

***

O czym właściwie opowiadania Ira Levin w Dziecku Rosemary? O słabości człowieka i ohydnej prawdzie wyczekującej, aby w dogodnym momencie zniszczyć znaną nam rzeczywistość? A może o nierównej walce jednostki z tajemniczymi, pradawnymi siłami? Uważam, że na powyższe pytania każdy z nas musi odpowiedzieć indywidualnie. Dla jednych będzie to dobry horror z wątkiem satanistycznym, dla innych punkt wyjścia do rozważań na tematy związane z ludzką naturą i jej reakcją na nieznane.

We wrześniu 1962 roku ukazała się powieść Raya Bradbury’ego Jakiś potwór tu nadchodzi. Po lektorze Dziecka Rosemary zgadam się ze wspomnianym autorem. Okrutna prawda gdzieś tam jest i tylko czeka na właściwy moment.

_______________________________________________________________________
[1] „Leżał na niej, drugą ręką przytrzymując jej plecy, jego szeroka pierś gniotła jej piersi. (…)Brutalnie, rytmicznie zagłębiał swój potężny kształt. Otwarła oczy i patrzyła w jego oczy, żółte jak wnętrze piece, czuła woń siarki i korzenia tannisa, czuła wilgotny oddech na swoich ustach, słyszała pojękiwanie z rozkoszy i oddechy zebranych. To nie sen, pomyślała. To jest realne, to się dzieje naprawdę. Narastał w niej opór, ale coś nakryło jej twarz, zapierając dech słodkawym fetorem. Ogromny kształt poruszał się w niej, ciało w skórze zderzało się z jej ciałem raz za razem, raz za razem”. Dziecko Rosemary Ira Levin; Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2014; s.85.

[2] Nazwa Rok Pierwszy odnosi się do słów bohatera Romana Casteveta, który narodziny Adriana [syna Rosemary] powitał następującymi okrzykami: „Bóg UMARŁ! – grzmiał Roman. – Bóg umarł, a Szatan żyje! Oto Rok Pierwszy, pierwszy rok naszego Pana! Oto Rok Szatana, Boga moc złamana! Oto wyczekiwana przyszła moc Adriana!”. Dziecko Rosemary Ira Levin; Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2014; s.219.

[3] Dziecko Rosemary Ira Levin; Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2014; s.83-84.

[4] W tym miejscu pozwoliłem sobie sparafrazować wypowiedź bohatera opowiadania Dagon H.P. Lovecrafta w tłumaczeniu dr Macieja Płazy: „Nie mam grosza przy duszy i kończy mi się narkotyk, ostatnia rzecz, która jeszcze trzyma mnie przy życiu; nie zniosę już dłużej dręczonych mnie katuszy, wkrótce otworzę okno mego stryszku i rzucę się na plugawy uliczny bruk”. Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści; Wydawnictwo Vesper, Poznań 2012; s.8.

2 listopada 2017

"Pusty dom" Algernon Blackwood


Trudno mówić o prozie Algernona Blackwooda w oderwaniu od problematyki dotyczącej motywu Natury i jej korelacji z rasą ludzką. Rywalizacja potężnych sił przyrody z niszczycielską działalnością człowieka to zagadnienie wielokrotnie przez pisarza podejmowane, jak również modyfikowane wraz z narastaniem u Blackwooda jego życiowych doświadczeń. Temat odnajdujemy w sztandarowych, przepełnionych wojenną atmosferą, ale subtelnie stonowanych Wierzbach (1907), jak i chociażby w opowiadaniu Sand (1912), gdzie wizja wspomnianej konfrontacji została przedstawiona z kolei w sposób bardzo wymowny. Interesujący obraz sił pradawnych, niezrozumiałych dla człowieka ucywilizowanego spotykamy również w Pustym domu, tekście opublikowanym po raz pierwszy w zbiorze The Empty house and other ghost stories (1906).

Algernon Blackwood, choć szczególną estymą darzył Naturę – jej niczym niekontrolowaną potęgę, jak i dzikie piękno – nie stronił od kwestii pobocznych, odnoszących się do odwiecznych prawd i zjawisk towarzyszących jego literackiej wybrance. Przykładem utworu, gdzie autor zgłębia problem oddziaływania rzeczonych Potęg na człowieka jest właśnie Pusty dom, będący przy okazji dość oryginalną historią o nawiedzeniu. Oprócz ghost story w jej najpraktyczniejszym rozumieniu – tj. opowieści o Duchu, czy też omamach bohatera odbieranych przez niego jako kontakt z istotą spoza tego świata – mamy tutaj do czynienia ze szczegółowym zapisem skutków interakcji postaci z pierwotną Siłą. Siłą, za sprawą której doszło do powstania osobliwości, jakimi są właśnie zjawy 'zamieszkujące' tajemniczą posiadłość. Zależność na linii Natura-Duch szczególnie wyraziście została ukazana w finale historii, gdzie widma są jak marionetki, zmuszone przez wieczność odgrywać przypisane im role. Bohaterowie przesiąknięci grozą i zasłuchani w "doskonały w swej perfekcji wir dźwięków"[1] są niczym intruzi doświadczający echa przerażającego spektaklu.

Protagonistami opowieści są Jim Shorthouse oraz jego ciotka Julia, idealnie odpowiadający wizerunkowi detektywów amatorów; motywowi bardzo popularnemu w literackiej spuściźnie końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku. Postacią patronującą pomysłowi przenocowania w nawiedzonym domu jest "wiekowa, stara panna, opętana manią badania zjawisk paranormalnych"[2], która przytaczając dawne dzieje budynku przy placu F…[3] skutecznie rozbudza ciekawość swojego towarzysza. Wystarczyło, że wspomniała o "wyjątkowo paskudnej" historii i makabrycznym morderstwie[4], aby Shorthouse na wzór machenowskich Dysona i Phillippsa[5] poczuł potrzebę dogłębnego zbadania źródła niesamowitych rewelacji. Wybór na bohaterów Pustego domu przedstawicieli dwóch pokoleń także wydaje się zabiegiem zupełnie zrozumiałym. Zainteresowania Algernona Blackwooda interakcją człowieka z Naturą, próby zrozumienia przez autora skutków tejże interakcji znalazły odzwierciedlenie w doznaniach domorosłych śledczych na zjawiska wymakające się racjonalnemu pojmowaniu.

Starsza Pani – przykład jednostki w mniejszym stopniu dotkniętej cywilizacyjnym zamętem, jednostki czującej potrzebę zrozumienia otaczającego ją świata – ukazana została jako postać wyjątkowo podatna na niezwykłe zjawiska właśnie z uwagi na życie bliżej przyrody, z dala od nowoczesności. Spadek jej wewnętrznej energii obserwujemy już w chwili zbliżania się do nawiedzonego domu a następnie wraz z doświadczaniem przez bohaterkę coraz bardziej niepokojących zjawisk. Julia, pomimo zapewniania Shorthouse’a o silnej samokontroli, szybko staje się dla niego dodatkowym obciążeniem, wymagającym zarówno psychicznego jak i fizycznego wsparcia[6]. W pewnym momencie wpływ nieodgadnionej Siły na Julię jest na tyle potężny, że dochodzi wręcz do całkowitych zmian w jej fizjonomii i na krótką chwilę miejsce przerażonej staruszki zajmuje młoda dziewczyna[7].

Zgoła odmienną postawę prezentuje Shorthouse, pragnący nie tyle odkrywać zakazane prawa Natury, co zaspokoić młodzieńczą ciekawość. Odzwierciedlając postawę człowieka ucywilizowanego od początku podchodzi do zadania w sposób metodyczny i czyni odpowiednie przygotowania, chociażby oczyszczając się ze zbędnych emocji[8] i ustalając szczegółowy plan działania[9]. Bohater wyraźnie rozumie niebezpieczeństwa wynikające ze swobodnego nadinterpretowania faktów oraz uleganiu pobudzonej wyobraźni. Będąc świadkiem tajemniczych zajść, jak każdy odczuwa narastającą zgrozę, ale jednocześnie reprezentuje racjonalne podejście do zaistniałych problemów[10].

Niniejsza ilustracja nie jest oczywiście obrazem nawiedzonego domu Algernona Blackwooda.
Nie zmienia to jednak faktu, że tak właśnie sobie wyobrażam "Pusty dom".

Shirley Jackson opisując Dom na Wzgórzu wspomina o nim jako o miejscu nienormalnym, posiadłości "opierającej się samotnie o swoje pagórki", gdzie "pomiędzy drewnem a kamieniami zaległa głucha cisza"[11]. Ta jedna z najsłynniejszych nawiedzonych[12] posiadłości stoi w dużej opozycji do tajemniczego domu z opowiadania Algernona Blackwooda. Autor Pustego domu chcąc nadać opowieści większego realizmu oraz zbliżyć czytelnika do źródła strasznych opowieści, lokuje tytułowy budynek wśród wielu innych, zwyczajnych, małomiasteczkowych posiadłości. Postronny obserwator wędrujący uliczkami miasta nie dostrzeże, że właśnie mija dom nękany tajemniczymi mocami. Miejsce dawnej zbrodni nie odbiega bowiem od wizerunku sąsiednich budynków[13] i tylko drobne pęknięcia na elewacji czy powoli niszczejące okna, mogą skłaniać do zastanowienia nad powodami wieloletniego zaniedbania posiadłości[14]. Umiejscawiając miejsce tajemniczych wydarzeń 'tuż za rogiem' Blackwood bardzo wyraźnie wskazuje na bliskość jednostek z dwiema sferami otaczającej ich rzeczywistości. Obok oazy harmonii, spokoju, bezpiecznej i funkcjonującej według utartych zasad, odkrywamy strefę nieznaną, tajemniczą, rządzącą się prawami niezrozumiałymi dla dzisiejszego człowieka. Miejsce będące w dalszym ciągu we władaniu pierwotnej i nieokiełznanej Natury.

Opowiadanie Algernona Blackwooda nie należy jednak postrzegać wyłącznie przez pryzmat filozoficznych dociekań autora. Pusty dom to przykład świetnego ghost story, stonowanego oraz umiejętnie wykorzystującego rekwizyty pobudzające wyobraźnię czytelnika. Do czynników oddziałujących na odbiorcę w sposób pożądany, ale nie atakujących go niecodziennymi zjawiskami w sposób bezpośredni, należałoby zaliczyć chociażby przypisanie nawiedzonemu domowi numeru 13. Wymowny jest również opis wędrówki bohaterów "wymarłymi, pustymi ulicami miasta"[15]. Bohaterowie niczym skazańcy – coraz bardziej przygnębieni, małomówni – idą do miejsca przeznaczenia, a osiągając kres 'tułaczki' rzucają spojrzenia pełne tęsknoty za światem, który pozostawiają za sobą. Co więcej, Blackwood jeszcze przed rozpoczęciem głównej fabuły ukierunkowuje nas na właściwy odbiór historii czyniąc uwagi na temat różnych źródeł Zła[16]. Podobny zabieg możemy również zaobserwować w powieści wspomnianej Shirley Jackson.

Dodatkowo Pusty dom doskonale sprawdza się jako egzemplifikacja klasycznego nawiedzonego domu. Bohaterowie wkraczając do tytułowej posiadłości niemalże natychmiast zostają wystawieni na ataki tajemniczej Siły, pobudzającej "aurę złowrogich czynów"[17]. Zjawa kobiety o "zmierzwionych włosach i dzikim wzroku"[18], samodzielnie zamykające się ciężkie drzwi[19] czy twarz ogarniętego furią mężczyzny[20], to tylko najciekawsze przykłady zdarzeń, bardzo silnie oddziałujących na psychikę Shorthouse’a i jego ciotki. Blackwood oprowadzając detektywów amatorów po arenie dawnej zbrodni nie zapomina także o potęgowaniu napięcia poprzez sugestywne opisy poszczególnych pomieszczeń. 'Pusty dom' to miejsce pełne cieni pełzających po ścianach i tworzących zagadkowe twarze, wszechobecnego smutku, ponurych i nieumeblowanych pokoi, czy ogromnej liczby schodów przeraźliwie skrzypiących. Przemieszczającym się zaś bohaterom nieustannie towarzyszy świadomość, że "budynek nie życzy sobie ich obecności, traktując ich jak intruzów, obserwując przez cały czas bacznie i niespokojnie"[21].

***

Algernona Blackwooda od dawna zaliczam do grona pisarzy, których twórczość w sposób niezwykle ważny przyczyniła się do rozwoju literatury grozy. Dlaczego? W swoich opowieściach wielokrotnie udowodniał, że człowiek chcąc poznać nienazwane Siły rządzące światem nie musi koniecznie patrzeć w niebo, w czarną przestrzeń kosmosu.


_______________________________________________________________________
[1] "Shorthouse i jego towarzyszka zdążyli jeszcze przylgnąć plecami do ściany, gdy dwójka biegnących zrównała się z nimi i minęła, w niewielkim odstępie czasu, jedno po drugim. Był to doskonały w swej perfekcji wir dźwięków, zakłócających panującą w pustym budynku grobową ciszę. Dwoje biegnących, ścigający i ścigana, przebiegło bez przeszkód obok miejsca, gdzie stali, i z głośnym łoskotem dotarło do podestu. Mimo to, ani Shorthouse, ani jego ciotka nie zauważyli absolutnie niczego, dłoni, ręki, twarzy, ani nawet powiewającego w powietrzu skrawka odzienia". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.284.

[2] "Coś było na rzeczy, i to coś naprawdę ważnego, albowiem ciotka Shorthouse’a, wiekowa, stara panna, opętana manią badania zjawisk paranormalnych, obdarzona była niebanalnym umysłem i siłą woli, a co za tym idzie, prośbą lub groźbą potrafiła niemal zawsze postawić na swoim". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.270.

[3] Algernon Blackwood wskazując miejsce wydarzeń swoich historii bardzo często ogranicza się jedynie do podania początkowych liter ulic, placów, alei, itd. Brak wskazania konkretnej lokalizacji skutecznie i dodatkowo pobudzał wyobraźnię ówczesnych czytelników, którzy nie mogąc poznać nie mogli skutecznie wykluczyć np. swojego najbliższego sąsiedztwa.

[4] "Dom jest faktycznie bardzo stary – ciągnęła – a związana z nim historia, wyjątkowo paskudna, wydarzyła się dawno temu. Ma to coś wspólnego z zabójstwem popełnionym przez zazdrosnego stajennego, który miał romans ze służącą. Którejś nocy zakradł się do piwnicy, a kiedy wszyscy usnęli, rzucił się za dziewczyną w pogoń, dopadł ją na pięterku i zanim ktokolwiek zdążył przyjść jej z pomocą, przerzucił ją ponad barierką, by spadła na podłogę w hallu". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.271.

[5] Mowa o bohaterach utworów Arthura Machena będących po trochę detektywami amatorami, po trochę zwykłymi ciekawskimi ludźmi, których niezmiennie interesują dziwne i niewyjaśnione zjawiska. Dyson i Phillipps pojawiają się m.in. w tekstach Czerwona ręka (1895), Światło ducha (1894) i powieści Trójka szalbierzy (1895).

[6] "Shorthouse stale miał wrażenie, jakby całe jego ciało oblazły niewidzialne mrówki, a ciało ciotki było tak bezwładne, że nieomal musiał wlec ją za sobą". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.277.

[7] "Patrzył [Shorthouse] na nią w niemym osłupieniu, osłupieniu niebezpiecznie bliskim trwodze. To faktycznie była twarz jego ciotki, lecz taka, jaką była przed czterdziestoma laty, niewinne oblicze młodej dziewczyny. Słyszał opowieści o dziwnych skutkach, jakie zgroza może wywołać u człowieka, oddzierając ludzkie oblicze z wszelkich emocji, z jakichkolwiek odczuć, grymasów i wrażeń, lecz nie zdawał sobie sprawy, że to w ogóle możliwe, ani tym bardziej, że może to być, aż tak przerażające. Albowiem na dziewczęcym obliczu siedzącej obok niego kobiety malowała się dojmująca, nieopisana zgroza (…)". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.282.

[8] "Instynktownie, za sprawą jakiegoś wewnętrznego, podświadomego przygotowania, przez cały wieczór był [Shorthouse] spokojny, wyciszony i opanowany, gromadząc i magazynując siłę woli za sprawą bliżej nieokreślonego procesu polegającego na stopniowym odrzuceniu wszelkich emocji i wzięciu ich w kraby, procesu trudnego do opisania, lecz nader efektywnego, który jednak doskonale rozumieją ludzie posiadający wiele życiowych doświadczeń". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.272.

[9] Potrzeba działania w sposób przemyślany i uporządkowany ujawnia się już przy pierwszym kontakcie Shorthouse ze zjawiskiem nie do końca dla niego zrozumiałym. Bohater doskonale rozumie zagrożenia płynące ze zbyt długiego roztrząsania poszczególnych wypadków i zwracając się do ciotki Juli stwierdza: "– Bądź świadoma jednak, że wszelki hałas czy poruszenie musimy zbadać natychmiast, wszelka zwłoka byłaby przyznaniem się do strachu. A to może okazać się fatalne w skutkach". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.276.

[10] Przykładem takiej postawy może być chociażby próba wytłumaczenia samodzielnego zamknięcia się ciężkich przesuwanych drzwi. Bohater [Shorthouse] przed wysnuciem pochopnych wniosków dokładnie analizuje całe zajście, starając się znaleźć racjonalne rozwiązanie problemu. Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.278.

[11] "Żaden żywy organizm nie może na dłuższą metę normalnie funkcjonować w warunkach absolutnego realizmu. Niektórzy utrzymują, że nawet skowronki i koniki polne miewają sny. Dom na Wzgórzu, choć nienormalny, opierał się samotnie o swoje pagórki i tulił ciemność w swym wnętrzu. Stał tak już osiemdziesiąt lat i zapewne stać tak będzie przez następne osiem dziesięcioleci. W środku ściany wznosiły się pionowo do góry, cegły przylegały równo jedna do drugiej, podłogi były w całkiem niezłym stanie, a drzwi – dobrze zamknięte. Pomiędzy drewnem a kamieniami Dom na Wzgórzu zalegała głucha cisza, a to, co po nim chodziło, chodziło samotnie". Nawiedzony S. Jackson; Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2000; s.7.

[12] Pozwolę sobie zaznaczyć, że dokonuję w tym miejscu wielkiego uproszczenia. W Nawiedzonym Shirley Jackson nie mamy bowiem do czynienia z konkretnym Duchem, ale nieskonkretyzowaną Siłą, która nie doprowadza jednak do wykreowania zjaw mogących nawiedzać bohaterów.

[13] "W wyglądzie zewnętrznym tego szczególnego domu nie było nic, co mogłoby znamionować mrożące krew w żyłach koszmary, które rzekomo rozgrywały się w środku. Nie stał na odludziu ani nie stanowił niszczejącej ruiny. Stał na rogu ulicy, przy dużym placu i wyglądał dokładnie tak jak inne domy w pobliżu. Miał tyle same okien co sąsiednie budynki, identyczne balkony wychodzące na ogród i szerokie białe schody wiodące do masywnych, czarnych, frontowych drzwi, na tyłach zaś ciągnął się wąski pas trawnika i murek oddzielający go od następnego budynku. Miał tyle samo kominów, tak samo spadzisty dach i równie szerokie podstrzesze, nawet płotek przy śmietniku był identyczny, jak wszystkie inne opodal". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.270.

[14] "W kilka minut później przystanęli przed wysokim, wąskim domem, wznoszącym się pośród nocy, budynkiem o szpetnym kształcie i pomalowanym na biało. Okna, pozbawione okiennic i żaluzji, łypały na nich, błyszcząc w świetle księżyca. Dostrzec można było miejsca nadgryzione zębem czasu, a brudną farbę pokrywały liczne pęknięcia, balkon na pierwszym piętrze był dziwnie wybrzuszony. Jednakże pomimo oznak ogólnego zaniedbania nic na pierwszy rzut oka nie zdradzało, iż budynek ten miał być nawiedzony i cieszył się w okolicy ponurą sławą". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.273.

[15] Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.272-273.

[16] "Niektóre domy, jak niektórzy ludzie, jakimś sposobem od razu zdradzają, że są złe. W przypadku ludzi nie ma mowy o konkretnym szczególe, który mógłby ich zdemaskować; choć wydają się szczerzy i otwarci oraz często się uśmiechają, osoby przebywające w ich towarzystwie w mig orientują się, że coś jest z nimi nie tak, że są przesiąknięci złem. (…) Z domami jest prawdopodobnie tak samo, lecz w tym przypadku mamy do czynienia z aurą złowrogich czynów dokonanych w ich czterech ścianach, wyczuwalną jeszcze długo po śmierci złoczyńcy, która sprawia, że u odwiedzających to miejsce osób ni stąd, ni zowąd pojawia się gęsia skórka i jeżą się włosy na głowie". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.269.

[17] Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.269.

[18] "Miała zmierzwione włosy i dziki wzrok, a jej bladą twarz przepełniał grymas skrajnego przerażania. Stała tak w bezruchu przez jedną, jedyną sekundę. Potem świeca zamigotała, a kobieta znikła, po prostu rozpłynęła się w powietrzu, w drzwiach nie było już nic prócz ciemności". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.277.

[19] "Nie pokonali więcej niż dziesięć stopni, kiedy nagle równocześnie zatrzymali się, popatrując sobie wzajemnie w oczy w blasku migoczącej świecy. Z pokoju, który opuścili zaledwie kilka sekund temu, dobiegł dźwięk cicho zamykanych drzwi. To nie ulegało wątpliwości, usłyszeli trzask towarzyszący ostatecznemu zamknięciu przesuwanych drzwi, z charakterystycznym suchym odgłosem zapadowego zamka". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.278.

[20] "Kiedy bowiem podnosił się [Shorthouse] z klęczek, uprzednio przykucnąwszy, by postawić świecę pod ścianą, tuż obok jego twarzy pojawiła się inna, tak blisko, że nieomal mógł jej dotknąć ustami. To oblicze było przepełnione niezmierzoną pasją; oblicze mężczyzny, ciemnowłosego, o topornych rysach i dzikich, gniewnych oczach. Należało do człowieka z pospólstwa i bez wątpienia emanowało złem w jego najprostszym rozumieniu, lecz prócz tego przepełniały je inne, jeszcze mroczniejsze emocje, agresja, złość i przeraźliwa furia, nadając twarzy mężczyzny iście demoniczne rysy". Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.279.

[21] Pusty dom w: Wendigo i inne upiory A. Blackwood; Wydawnictwo C&T, Toruń 2006; s.276.

25 listopada 2016

"Zagubione duchy" Mary Wilkins Freeman

Chcąc odetchnąć po grotesce zaserwowanej przez Bierce’a sięgnąłem po teksty Mary Wilkins Freeman, pisarki będącej w moim wyobrażeniu stylistycznym przeciwieństwem autora zbioru Nadprzyrodzone. Skąd taki wybór? Choć daleki jestem od oceniania książek po okładce, właśnie ona przykuła moją uwagę. Twarz krzyczącej dziewczyny zasłaniana kościotrupią dłonią dawała nadzieję na opowiadania grozy bardziej wyraziste pod względem atmosfery typowej dla klasycznego horroru.

„Dla każdej zdrowej na umyśle osoby jest granica, poza którą zaprzeczanie sobie musi ustać.”

Pamiętacie legendarną angielską herbatkę z początków dziewiętnastego wieku? To na niej przedstawiono światu Frankensteina, postać wampira wyniesiono na salony, a ludowe bajania nabrały sprecyzowanych kształtów. Powstałe wówczas historie, choć zaczerpnięte z tradycji oralnej, na tyle silnie tchnęły świeżością, że zdołały swoich bohaterów na stałe zapisać w kulturze, nie tylko literackiej. Wspominając tamto wydarzenie, wyobrażam sobie Mary Wilkins Freeman siedzącą razem z uczestnikami tego sławnego spotkania, chroniącą się przez rzęsistym deszczem w cieple kominka i snującą swoje opowieści o duchach. Zagubione duchy to w przeważającej części zbiór opowiadań idealnie wpisujących się w konwencję typową dla historii niesamowitych z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, a nawet tych wcześniejszych. Nie odnajdziemy w nich makabrycznych opisów ani wielu przykładów czarnego humoru. Zamiast tego odbędziemy sentymentalną podróż do czasów, gdzie horror nie epatował brutalnością, lecz budował napięcie w sposób delikatny, bazując w dużej mierze na wyobraźni czytelników.

5 listopada 2016

„Zarazki intelektualne, zarazki cielesne”, czyli kilka słów o "Czystości" Thomasa Ligottiego

Kilka dni temu uczestniczyłem w krótkiej dyskusji odnośnie malejącej popularności klasycznego horroru na naszym rodzimym podwórku. Wypowiedzi krążyły wokół przyczyn owego zjawiska, tj. kwestii związanych z archaicznością języka wypowiedzi dawnych Mistrzów, a co za tym idzie wokół problemu przyswajania serwowanego przez nich – jak zgrabnie ujął to jeden z rozmówców – „ładunku intelektualnego”. Wymianę tych kilku zdań podsumowało stwierdzenie o konieczności nieustannego promowania dobrej literatury grozy na możliwie szerokim polu kultury. Propagowaniu nie tylko dzieł Matthew Lewisa, Stefana Grabińskiego, Edwarda Bensona, ale także prac współczesnych pisarzy takich jak Mark Danielewski czy Wojciech Gunia. I choć powyższej konkluzji daleko do miana epokowego odkrycia to uważam, że ową prostą prawdę należy ciągle przypominać. W przeciwnym razie za jakiś czas na polskim rynku wydawniczym zabraknie nie tylko przytoczonych klasyków, ale i współczesnemu horrorowi na stałe zostanie przypięta łatka literatury drugiej kategorii. Wychodząc naprzeciw oczekiwanym zadaniom ośmieliłem się popełnić kilka uwag na temat opowiadania Czystość autorstwa Thomasa Ligottiego, pisarza będącego w moim przekonaniu kolejnym twórcą niesprawiedliwie pomijanym.